Nagle zostałam otoczona przez chmarę pierzastych pomiotów i wyniesiona na wysokości. Tylko chwilę potem znowu odstawiona na ziemię. No, trudno. Jednak była jedna rzecz, do której nie mogę użyć tego zwrotu. Ten wróbel był AKTOREM! Jak śmiał!
- On był AKTOREM! Jak on śmiał?! - wykrzykiwałam zniesmaczona.
- No, przynajmniej gra przekonująco... - odpowiedział Naish.
- Bronisz go? No przecież jak tak można! Siedzieć tak, udawać samobójcę, nawet nie postawić tablicy "Uwaga, zły film!"!
- Lily! - zdążył tylko krzyknąć lis, zanim zorientowałam się, co się dzieje. Nie, źle się wyraziłam. Zdążył zrobić o wiele więcej, pewnie nawet uda mu się kopnąć w kalendarz, zanim zorientuję się wreszcie, co się w tym momencie na naszej pięknej kuli ziemskiej stało.
Tak więc mogę wam tylko powiedzieć, że zostaliśmy pochłonięci przez jakąś ciemność zwiniętą w tulejkę. Czy coś. Mówiłam, że nie wiem.
Fiu bziuuuu! Łiiiiiiii! Wiuuuuuuuuuuuuuu! Sratatata, kurde. Nie mam nic lepszego do roboty niż udawanie wiatru wewnątrz huraganu?! Trza się opanować, i, wzorem Papatki, "spróbować jeszcze raz". Skupiłam się. Nic się nie stało, no bo co się właściwie miało stać? Mimo bólu głowy i osłabienia spowodowanego ciągłym kręceniem się w powietrzu, spróbowałam odszukać Naisha. No, latał se parę metrów nade mną.
- Naaaish! - zawołałam, zdzierając sobie gardło.- Spadnij i wyłammy się z tego diabelstwa!
Naish stracił trochę wysokości, a mnie zbierało się na mdłości. Dlaczego rymują mi się myśli? Zaraz przytomność stracę.
- Trzy... - wychrypiałam, ale dalej już nie miałam siły.
- Dwa.... - powiedział cicho lis, starając się mnie podtrzymać, choć to właściwie nie było możliwe w powietrzu. - Jeden.
Zostałam wypchnięta lisią siłą życiową z Orkanu Grzegorza i wreszcie spokojnie utraciłam świadomość.
~~Nie wiem ile czasu później, ale pewnie koło 15 minut~~
Zostałam brutalnie obudzona przez współtowarzysza. Zgłoszę przemoc cielesną! Tylko, czy to się zalicza....?
- Nie łaskocz mnieeeeee... - chciałam go skrzyczeć, ale ziewnęłam i dźwięk się rozjechał.
Naish wreszcie zaprzestał prób załaskotania mnie na śmierć, i usiadł obok.
- Musze ci coś powiedzieć. - zaczął głosem zapowiadającym poważną rozmowę.
Ojoj, co się stało? Moje myśli zaczęły krążyć wokół jakichś dziwnych schematów.
- Co, wujek Staszek umarł? - zapytałam, siląc się na radosny ton.
- Nie.....
<I co?>
