Nie no, tego się nie spodziewałem. Lily nagle rzuciła się w przepaść za małym wróblem. Stałem osłupiony i patrzyłem w dół z półotwartym pyskiem. Wróbel, kilkadziesiąt centymetrów przed upadkiem jednak rozłożył skrzydła, a zamiast smutku na jego dziobie wykwitło przerażenie. Spoglądał na Lily. Ćwierknął coś i nagle, nie wiadomo skąd przyleciała horda innych wróbli, mazurków, sikorek, znalazł się nawet jeden pluszcz. Wszystkie te opierzone stworzonka podleciały pod bezwładnie spadającą lisicę i zaczęły wzbijać się w górę. A to wszystko zdarzyło się w zaledwie kilka sekund. Chwilę potem Lily stała już obok mnie. Wszystkie ptaki już odleciały, oprócz wróbla, który przysiadł na swojej skale, zaćwierknął, żebyśmy go nie naśladowali, bo on jest aktorem i poleciał.
Lily popatrzyła się na niego i furknęła.
-Pff, a ja go chciałam ratować!- lisica podniosła ogon i nastroszyła go z obrazą. Zobaczyłem, jak parenaście metrów za nią pojawia się czarny kłąb dymu. Momentalnie się zachmurzyło i ochłodziło,
a chmura stale się zbliżała. Lily coś sobie paplała, a ja wciąż wpatrywałem się w czarny huragan tuż za nią. Nagle chmura przyspieszyła i znaleźliśmy się w jej centrum. Zamroczyło mnie.
<Lily? Możemy już się chyba zacząć promować, czyż nie?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz