Kawały! Yeah!
Ruszyliśmy więc cicho w kierunku, w którym odbiegła ta cała Kaya. Pogoda była śliczna, i ptaszki śpiewały... oprócz jednego. Ten jeden stał sobie na skraju skały. Na jego widok jakoś cała radość i uciecha z warunków klimatycznych zniknęły z mojego serduszka.
- Ej, Naish... - rzuciłam. - Patrz na tego wróbla. On jest... jakiś taki, no, smutny, nie?
Naish spojrzał na wróbelka. W jego oczach zalśniły łzy (nie lisa, wróbla).
- Faktycznie... - mruknął urocjon, i stanęliśmy. Od tej chwili uważnie śledziłam poczynania ptaka.
A były one takie, że stał. Czy siedział, na tym skraju. Łzy lśniły wciąż, a cały obraz ptaka odbierał radość całemu światu, tak przecież przed chwilą radosnemu, i wciąż jeszcze rozśpiewanemu.
Ptaszek zwrócił na nas powoli swój wzrok. Pełne smutku oczy znalazły punkt zaczepienia w naszych. Wydawało się, że rozbłysła w nich iskierka nadziei, która jednak po chwili została zalana falą rozpaczy. Naish otworzył pysk, jakby chciał przerwać ciszę, ale nie wydobył się z niego żaden dźwięk. Staliśmy tak, i jak zahipnotyzowani patrzyliśmy na wróbla, a on patrzył na nas.
Wtem mały ptak poruszył się, i... rzucił się w przepaść. A my do przodu, na jej skraj. Z malejącą nadzieją na ratunek dla niego patrzyłam, jak spada. Nie otwierał skrzydeł.
Naish znów chciał coś powiedzieć, ale i znów nie mógł. Ja natomiast... nie wiem. Coś mnie wzięło/
I, choć na logikę... dobra, tu nie ma logiki i nigdy nie będzie. Rzuciłam się w przepaść za ptakiem.
<Naaaaaaaish! Ratuj mnie! >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz