Wędrowanie po " pustkowiach " Nie no, może nie aż takich. Raz po raz jakiś człowiek, zagryziona przeze mnie kura, ale co tam. Gorzej było z brakiem myszy w stodołach. A jak już były, to uciekały. Więc najlepiej było zakraść się przez jakiś serio stary płot, i zagryźć kurę czy bażanta, po czym dać nogę, zanim właściciel, lub właścicielka się zorientują, co się stało. Czasem mijałam miasta. Były pokryte warstwą smogu. ,, Chcesz się zabić? Polecamy miasto, w pełni wyposażone w zabójcze dymy, koła śmierci, choroby zakaźne oraz zatrucia pokarmowe, wynikające z nie za świeżych wód " Gdy tak szłam z głową w chmurach ( zatrutych przez człowieka ) to wlazłam w błoto. Po błocie niechcąco nadepnęłam na jeża, po czym z szybkim odskokiem zaczęłam biec, by w następnej kolejności wywalić się o kamień... w kolejne błoto. Tym razem już nie wodniste. Na moje szczęście.
- Co ci ta ziemia zrobiła, że się na niej tak płaszczysz? - usłyszałam głos nad sobą
- Biedna ziemia. O przepraszam wasza królewska mość, żem śmiała się na tobie płaszczyć - powiedziałam teatralnym tonem wstając i mówiąc do dość gliniastego błota.
- Ktoś ty? - tutaj podniosłam wzrok na osobę znajdującą się przede mną.
- Chmmm... jestem nikim. A ty?
< Ktosiu, cosiu.... nie wiem. Ktokolwiek >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz